Mikrofirma a zakupy hurtowe: czy to w ogóle ma sens dla jednej osoby?

Kiedy powiedziałem znajomym, że planuję zaopatrywać swoją malutką, jednoosobową działalność w materiały bezpośrednio od dużego hurtownika, większość spojrzała na mnie z politowaniem. Jeden szczerze zapytał, czy czasem nie przesiaduję zbyt długo na słońcu. Pomysł wydawał się absurdalny: mnóstwo kartonów, minimalne zamówienia, koszty logistyczne pożerające znikomy zysk. Ja też miałem te same wątpliwości. Przez lata działałem jak większość mikroprzedsiębiorców: kupowałem w marketach budowlanych, w lokalnych sklepach, czasem na allegro. Płaciłem cenę detaliczną, marnowałem czas na porównywanie ofert, a wybór i tak był ograniczony. Uznałem, że to po prostu moja rzeczywistość. Koszt prowadzenia firmy.

To błędne przekonanie rozbiło się, gdy zupełnie przypadkiem trafiłem na informację o firmie PSH Polska. Z początku przewinąłem stronę, myśląc, że to kolejny wielki gracz dla marketów budowlanych i wielkich brygad. Ale coś kazało mi wrócić. Zaczynałem wtedy większy projekt remontowy dla stałego klienta i kosztorys wychodził niebezpiecznie wysoki. Postanowiłem zadzwonić. I tu pierwsze zaskoczenie: konsultant w hurtowni w ogóle nie zdziwił się, że dzwoni ktoś, kto chce kupić na fakturę, ale nie ma NIPu z branży budowlanej. Nie pytał o obroty. Spytał po prostu, czego potrzebuję. To był pierwszy krok. Wszystkie szczegóły dotyczące asortymentu, minimalnych zamówień i warunków współpracy sprawdziłem później na ich oficjalnej witrynie PSH. Kluczowa była dla mnie przejrzystość. Nie musiałem zgadywać, czy mnie na coś stać.

Okazało się, że mój strach przed gigantycznymi minimami był w dużej mierze na wyrost. Owszem, są produkty, gdzie trzeba wziąć paletę. Ale jest też ogromna grupa materiałów – od farb i chemii budowlanej po narzędzia, akcesoria sanitarne czy kleje – gdzie próg jest humanitarny. Czasem to kilka sztuk, czasem kilka opakowań. Dla mnie, osoby, która kupuje dwadzieścia pięć kilogramów gwoździ nie na miesiąc, a na pół roku, i tak było to więcej, niż potrzebowałem od ręki. Ale wtedy spojrzałem na to inaczej. To nie był zakup na tu i teraz. To było sensowne zaopatrzenie magazynu. Piwnica w domku stała się moim małym centrum logistycznym.

Ekonomia nie polega tylko na cenie zakupu

Najbardziej oczywistą korzyścią była oczywiście cena. Na niektórych pozycjach różnica wobec sklepu detalicznego sięgała trzydziestu, a nawet czterdziestu procent. To brzmi jak frazes z broszury marketingowej, ale kiedy sam mnożysz te liczby przez ilość materiału na cały projekt, nagle odzyskujesz zapomniany margines. Ten marginez pozwolił mi zaoferować klientowi lepszą cenę, a jednocześnie zachować dla siebie normalną stawkę godzinową. Nie pracowałem więc taniej. Pracowałem mądrzej.

Jednak prawdziwa zmiana przyszła z zupełnie innej strony. Z jakością i z wyborem. W detalu wybierałem spośród czterech rodzajów fugi dostępnej na półce. W hurtowni miałem do dyspozycji kilkanaście, od różnych producentów, w klasach odporności, o których wcześniej tylko czytałem. To samo dotyczyło np. silikonów sanitarnych, taśm klejących czy nawet zwykłych pędzli. Przestałem być zakładnikiem polityki zakupowej sieciówki. Mógłem dobrać produkt ściśle pod wymagania projektu, a nie pod to, co akurat jest w promocji. To dało mi przewagę, o której wcześniej nie myślałem. Moi klienci nie wiedzieli, że użyłem fugi o podwyższonej odporności na plamy, ale ja wiedziałem. I wiedziałem, że za rok nie oddzwonią z pretensjami.

Logistyka? Tak, to był problem do rozwiązania. Nie mam ciężarówki. Rozwiązania są dwa: dostawa lub własny transport. Dla większych zamówień dostawa często jest darmowa lub bardzo tania w stosunku do wartości towaru. Dla mniejszych – łączę się z kolegą, który też ma małą firmę, i robimy wspólne zamówienie. Albo po prostu jadę po towar sam, kiedy i tak jestem w trasie. To wymaga odrobiny planowania, ale nie więcej niż bieganie po cztery sklepy, bo w żadnym nie mają kompletu.

Relacja, której nie spodziewałem się w hurtowni

Największym zaskoczeniem była dla mnie ludzka strona tej współpracy. W markecie budowlanym jesteś anonimowym koszykiem. W małym sklepiku często musisz słuchać narzekań właściciela na podatki. W PSH, w oddziale do którego trafiłem, ludzie zaczęli mnie poznawać. Nie jako duże konto, tylko jako Marcina, który raz na miesiąc przyjeżdża po farby i kilka worków zaprawy. Konsultant zna już moje typowe zamówienia. Kilka razy doradził mi zamianę produktu na tańszy, ale o zbliżonych parametrach. Innym razem uprzedził, że dana partia kleju ma krótszy termin przydatności – czy na pewno chcę tyle brać. To nie jest relacja sprzedawcy z klientem. To bardziej relacja fachowca z zaopatrzeniowcem, który też jest fachowcem. Oni znają swoje produkty, ja znam swoją robotę. Rozmawiamy tym samym językiem.

Czy to oznacza, że hurt jest rozwiązaniem dla każdej jednoosobowej firmy? Uważam, że nie. Jeśli twoja działalność jest mocno rozproszona, jeśli potrzebujesz jednego śrubokręta dziś i drugiego za tydzień, to hurtownik nie zastąpi sklepu narzędziowego za rogiem. To nie jest dobre rozwiązanie na pilne, drobne braki. Ale jeśli masz choć odrobinę możliwości planowania, jeśli realizujesz projekty wymagające konkretnych ilości materiałów, to odrzucenie tej opcji z góry to strata pieniędzy i czasu.

Moja piwnica nie wygląda teraz jak magazyn budowlany. Stoi w niej kilka porządnie opisanych kartonów z nadmiarem najczęściej używanych przeze mnie materiałów. Mam swój mały zapas. Nie boję się nagłej podwyżki cen ani braku towaru w sklepie przed weekendem. Czuję, że prowadzę firmę, a nie tylko biegam od klienta do klienta gasząc pożary. To była moja największa zdobycz. Nie oszczędność na fakturze, tylko spokój w głowie. I tego, szczerze mówiąc, w ogóle się nie spodziewałem, gdy pierwszy raz z nieśmiałością dzwoniłem do hurtowni.