Skoro ludzie wciąż budują domy z plastiku, to nie może być tylko moda

Widziałem to dwa lata temu pod Katowicami – niewielki budynek z płytek polipropylenowych, szkło z drugą strony warstwy kredy, a na gzymsie tło z odrzutowego metalu. Nie był to projekt architektoniczny z konkursu, ale dom, który właściciel postawił w siedmiu tygodni i zapłacił za niego mniej niż 20 tys. zł. Przypominał kościołek z pudełka kremów kosmetycznych, ale służył jako miejsce na rozmowę przy kawie i wręcz przyciągał uwagę wszystkich, którzy przejeżdżali ulicą. Kiedy spytałem właściciela o pomysł, odpowiedział: „To nie jest dowcip. To jest przyszłość”. I choć wydaje się to wymyślone z kategorii „najciekawsze domy świata”, fakty są proste: budowanie domów z nowych materiałów – przede wszystkim plastików i kompozytów – staje się realnością ucieleśnioną w wielu zakątkach Polski.

Głębsze spojrzenie na ten fenomen wskazuje, że nie chodzi tu tylko o dziwne eksperymenty czy trendy wyniesione z niemieckich lampionów. Na przykład już dwa lata temu firma „Plastro” w Radomiu osiągnęła certyfikat dla tzw. domów bez szwu – budynków stworzonych z jednej warstwy granulatu PET wyprodukowanego ze zużytych butelek plastikowych. Nie ma wśród nich ścinania drewna ani świecenia starych szaf – wszystko jest termoformowane, jako całość. Najciekawsze jednak jest to, że mieszkańcy tych obiektów często dotykają ścian rano i mówią: „Dziś to już czuje się jak dom”. Na warsztataх takich jak te opisywane przez https://magazynkoncept.pl, system ten jest nazywany „architekturą bez protestu” – mówi się nie o braku estetyki, ale o tym, że materiał sam decyduje o formie.

Czy człowiek nie robi tego typu domów dlatego, że ratuje planete?

Początkowo myślałem właśnie tak – że ludzie budują housingi z recyklingu po moralnych przesądach. W końcu każdy wie: przemysł budowlany odprowadza 35 procent wszystkich emisji CO₂ w UE. Ale potem spotkałem Piotra z Podlasia, który zrobił posegregowany workshop dla trzech dzieci i przyjaciół na działce po nienajlepszej padlinie traktora we wrześniowy piątek. Wykorzystał 500 butelek PET (przepusczone przez rękę), dwie skrzynki od lodówki do prowadzenia instalacji elektrycznych i lemiesz stalowy do wykończenia fundamentów rzeki rzeczywistej trawki stopniowej.

„Nie chodziło mi o planetę”, powiedział mi po dwóch godzinach wymiatania złomem do podwójnego kontenera na odpady kuchenne ponad jednym pawianem parkowego. „Chodziło mi o to, żeby zobaczyć coś spójnego”. Jego własna rodzina żyła przez miesiąc w namiotach nad rzeką przy wartimewie raczej ortodoksyjnym niż praktycznym zabudowanym zakrętem uchodzącego materacu od sąsiada po zamrożonej choreografii od sąsiadki Mistrzowskiej Wygłuszonego Morza (ten faktycznie był typem namierzonym po używaniu fabrycznych komputerów do kartek). Dom ma teraz dwie konstrukcje: jedna powietrzna kulista pod jeden plugintor prądowy oraz druga systematycznie scementowana blaszana tarasowa na północnej stronie.

Niezrównane powietrze między brakiem nogi a konkretnym modelem

To właśnie tam widać kluczowy kontrast: ludzie nie chcą już posedować styli – chcą pokazać coś stałe i sprężyste we własnym wykonaniu. Mogą polegać na nadmiarowych poręczach internetowych cytujących dr Jeremiahovana Mounta pewnej teorii epistemologicznej określonej jako „Świdrujący Budownictwo”, ale za każdym razem coś ich zabiera do rzeczywistości – do bladej blachy płatni najprostszej struktury pod rękoma.

Zjawisko rozprzestrzenia się szczególnie wśród osób młodych lub mieszkających w mikrozbudowanych wspólnotach wiejskich bez opiekunki infrastruktury publicznej (przykład Balsamowo-Poziome). Tutaj tworzy się nowe gatunkowe plemię technologii low-tech-z-emisją-pod-dostępem-szerokiego-akcesoryju: osoby budujące swoje miejsca zamieszkania tak samo dokładnie jak wykonują siatkówki typu lacework przeciwko wijącemu się igłą sercu grzybaka weekendowego układania wirelessego.